5 lat z Wedlem

Dzisiejszy post miał być o czymś innym całkiem. Parę chwil przed zabraniem się za niego, planowałam sobie w grafiku tydzień. Wiązało się to z osadzeniem rzeczywistości w ramy datowe i zdaniem sobie sprawy z tego, że trzy dni temu mój pies skończył pięć lat. Takie właśnie urodzinki…

Wedlowi stuknęła piątka, pierwsza z czekających go zapewne jeszcze co najmniej dwudziestu! Leży właśnie obok mnie z otwartą „książką” (czyli wszystko na wierzchu…) i zauważyłam że na tym barfie, na którym jesteśmy od dwóch lat niesamowicie się okłaczył – nic dziwnego, że tej zimy nie trząsł galotami (choć i zima mało zimowa była).

Zanim wgramolił się na fotel obok mnie, niezdarnie władował na niego swoje wszystkie cztery łapy, prawą tylną pozostawiając na sam koniec. Tak już ma. Spondyloza końcowego odcinka kręgosłupa robi mu nieznaczne uciski na nerwy łapy i dlatego wszystkie fotele w moim domu są zaopatrzone w specjalistyczne schodki ze… skrzynek na owoce. Spondyloza sprawiła, że przestaliśmy obidjęsować, choć chochliki w oczach Wedla na co którymś spacerze ledwo powstrzymują mnie przed powrotem. Z Wedlem jednak taki „problem”, że jak on coś już robi, to robi to na całego, całym sobą. I obciąża sobie plecy… Choć nie powiem, sporadycznie, od czasu do czasu zdarzy nam się wpleść w spacer jakieś lajtowe chodzenie przy nodze, omijanie czy zmiany pozycji.

Spondyloza to dla Wedla jednak nie tylko krzyżyk na drogę intensywnego obidjęsowania, ale też rzucania piłek – na jego niewyobrażalne nieszczęście. Na szczęście z kolei znaleźliśmy metodę: piłka dorzucana do przednich łap! Brak nagłych zwrotów i skoków, a frajda dla tego miłośnika wszystkiego co toczy się i jest okrągłe niemal taka sama.

Poza spondylozą, nie-piłkami i nie-obidjęsami jest jeszcze, na całe szczęście, tropienie użytkowe i detekcja zapachu, które całkowicie realizują wedlowskie popędy i zapędy…

W tropieniu przeszliśmy długą drogę od zjaranego, niemyślącego pieska do dokładnego i niemalże wyluzowanego. Na treningach pytacie mnie jak sprawić, by pies mniej pobudzał się czekaniem na pracę i samą pracą. Nie ma na to jednej reguły (moja ulubiona odpowiedź w kwestii pracy z psem: to zależy – odsyłam do wpisu o tym właśnie, dlaczego zależy), ale jedną z lepiej sprawdzających się metod jest po prostu spokojny spacer przed śladem – tak długi, jak długiego potrzebuje pies. Do tego przydaje się też ogarnięcie własnych emocji, zaspokojenie potrzeb psa poza treningiem i unikanie wkładania go na gorąco do auta.

W detekcji dopiero maczamy czubki palców (no może palce do drugiego zgięcia), ale widzę przed Wedlem jeszcze długą i pełną zwrotów akcji przygodę z tą aktywnością.

Wszystkie te rzeczy i nie-rzeczy towarzyszą Wedlowi w jego pięcioletnim życiu wraz z długimi spacerami po lasach, łąkach, a czasem górach i terenach miejskich, wspólną kontemplacją otaczającego nas świata, godzinami spędzonymi w aucie na podróżach i mojej pracy, smacznym serkiem i innymi smacznymi rarytasami, wspólnym leżeniu na łóżku, fotelu, dywanie i trawie i wyjazdami na seminaria i warsztaty w roli towarzysza czynnego lub biernego.

Od czasu do czasu razem przygotujemy rozpałkę do pieca, posprzątamy chałupę czy pograbimy liście na dworze. Od pewnego czasu robimy to we trójkę, wraz z Brownie. Wedel łaskawie przyzwala na to, choć z rozrzewnieniem wspomina te czasy, w których cała przestrzeń jego życia była tylko dla niego i dla mnie… Czasem zdarzy im się zetknąć końcówką ogona czy pojedynczym włosem na grzbiecie, położyć na jednym legowisku czy razem polować na gryzonie – może jeszcze będzie z tego przyjaźń…

Zanim Wedel skończył pięć lat, wcześniej skończył cztery, trzy, dwa i jeden rok… W wieku pięciu tygodni trafił do mnie prosto z Krakowa (i zapytasz teraz, dlaczego więc nie Wawel?). Odbyliśmy razem długą podróż autem i pociągiem razy cztery. Przez kilka pierwszych tygodni żył z moimi rodzicami w lesie, gdy ja oddawałam się intensywnym badaniom naukowym. Potem byliśmy już razem w wielkim mieście. A po kilku latach wróciliśmy do lasu.

Pierwsze w jego życiu ze mną „spotkanie” z psem widniejącym na horyzoncie to był sik na całego i paraliż wszystkiego. Wtedy wiedziałam już, że będzie nam razem wyjątkowo 😉 Jego wrażliwość na bodźce, raczej wysoka niż niska pobudliwość, predyspozycje do rozwiązywania konfliktów konfliktem i ponadprzeciętna inteligencja sprawiły, że stał się moją encyklopedią psów (drugi tom pisze właśnie Brownie 😉 ) i poprowadził za rękę przez ten dziwny świat.

Dzięki niemu i dla niego weszłam w psią etologię, komunikację, emocjonalność, w znaczenie poczucia bezpieczeństwa i wyboru, meandry popędów i frustracji.

I nie wyobrażam sobie życia bez niego, tego życia jakie miałam przed nim i tego, które mnie czeka, gdy go już nie będzie. Mając teraz dwa psy, widzę, czuję i wiem, jak ważne w relacji z psem jest podobieństwo osobowości. A my jesteśmy niemal tacy sami. Oboje introwertyczni, potrzebujący dużej przestrzeni osobistej, uwielbiający długie spacery, nie znoszący chaosu i zgiełku, lubiący zdobywać nową wiedzę/umiejętności, nie znoszący stagnacji i nudy i nade wszystko uwielbiający jeść 🙂

 

A co łączy Ciebie z Twoim psem?

Dodaj komentarz