Dlaczego Wedel? O imieniu, kolorze i moim zamiłowaniu do czekolady

Dlaczego Wedel? O imieniu, kolorze i moim zamiłowaniu do czekolady

 

 

fot. Alicja Andrukajtis

 

Wszystko zaczęło się od dnia, w którym pierwszy raz poczułam ten cudowny smak i uczucie rozpływającej się na języku bryłki. Tak, to był moment, w którym pierwszy raz zjadłam czekoladę. Mogłabym o nim napisać tomik wierszy białych, choć tak naprawdę pozostaje jedynie w mojej wyobraźni, bo kompletnie go nie pamiętam…

Tak czy siak, musiał to być dobry moment (i dobra decyzja moich rodziców o zaznajomieniu mnie z tym nektarem bogów w formie stałej), bo miłość do czekolady pozostała we mnie do dziś. Jestem jej wdzięczna za wiele: za zakwaszenie organizmu, wizyty u dentystów, wahania nastroju, ogólnie pojętą źle zbilansowaną dietę i problemy z oszczędzaniem.

Moje życie z czekoladą (spójrzmy prawdzie w oczy – tak to nazwać trzeba) zaczyna się od porannej cząstki po przebudzeniu i kończy wieczorną cząstką przed snem. Cudem w nocy po nią nie sięgam – może dlatego, że z premedytacją nie trzymam jej w sypialni…

Jednakże, jak się okazało prawie cztery lata temu, czekolada może występować pod postacią nie tylko spożywczą. Mam pewną teorię na ten temat. Uważam, że czekolada jest niezbędnym dodatkiem, taką przyprawą, która pojawia się w procesie tworzenia się niektórych istot. I nie mówię tu o gatunkach, ale o jednostkach. Jednostki te są dzięki pierwiastkowi czekolady wyjątkowe. Wpływają na nas trochę jak czekolada właśnie: podnoszą poziom endorfin i serotoniny we krwi, dzięki czemu jesteśmy radośni i pełni energii, wszędzie dookoła widzimy jednorożce biegające od tęczy do tęczy i słyszymy syrenie śpiewy.

Moja teoria powstała z powodu pewnego Wedla. I podkreślam, że nie chodzi tu o wyśmienitą polską czekoladę, ale o psa, który tę czekoladę ma we krwi. No może w sierści. Albo po prostu ją ma.

Wedel miał być z początku jakimś celtyckim bóstwem lub herosem. Tymczasem czekoladowa mordka, jaka ukazała mi się w pierwszym dniu poznania nie pozostawiała wyboru – to musiał być czekoladowy pies.  I rzeczywiście taki się stał. Niewiele w nim przecież można było dostrzec waleczności i patosu…

No dobrze, czekolada czekoladą, ale przyznać trzeba, że imię „Wedel” nie jest zbyt dźwięczne i może sprawiać pewne trudności, gdy jego długa, gardłowa melodia odbija się od pni drzew, wędruje po wyżynach i dolinach i tonie w strumykach i jeziorach polodowcowych. Dużo więc czasu zajęło mi, zanim nauczyłam się tak modulować głosem, by imię to docierało we względnie niezmienionej formie na znaczne odległości podczas wspólnych spacerów bezuwięziowych. Bo przecież Wedel Wedlem zostać musiał.

Wbrew pozorom imię, jakie damy psu jest bardzo istotne. Łatwość w jego szybkiej wymowie i odporność na modyfikacje wynikające z przeszkód środowiskowych, jakie napotka niesiony powietrzem dźwięk, to dwa główne czynniki decydujące o, że tak powiem, ‘użytkowości’ wybranego imienia. Wśród myśliwych na przykład bardzo cenione były (i są nadal) imiona krótkie i dźwięczne – takie, które słychać wyraźnie nawet, gdy wymawiane są szeptem. Fuks czy Haps to tylko nieliczne przykłady. Oczywiście imię wykorzystywane jako hasło do przywołania można zawsze zastąpić gwizdkiem – wtedy problem dźwięczności słowa znika.

A wracając do Wedla: czy to dzięki swojemu imieniu, czy kolorowi, husarskiemu ogonowi czy też rozbrajającemu usposobieniu, ludzie kojarzą mnie nie ze mną, lecz z Wedlem właśnie 😀 Zupełnie mi to na szczęście nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, czuję się zaszczycona mogąc być kojarzoną z taką personą (a poprawniej ‘dogosoną’). A Wedel? Myślę, że gdyby nie był Wedlem, to… nie byłby Wedlem 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *