W krainie Ducha Gór – o wodzie i skale pod psimi łapami, drewnie i wietrze pod jego nozdrzami

W krainie Ducha Gór – o wodzie i skale pod psimi łapami, drewnie i wietrze pod jego nozdrzami

Biegł przed siebie z radością rozrywającą klatkę piersiową. Spod jego łap osuwały się drobne kamyczki i tworzyły śmiertelne lawiny dla umykających w dół mrówek. Biegł przed siebie, a barwny krajobraz tworzył po jego bokach rozmazane plamy wszystkich odcieni świata. Wdychał rześkie powietrze i cieszył się tym, że może. Biegł przed siebie, a w tyle pozostawiał zdyszane zające, rozgrzane biegiem sarny, dumne jelenie, płochliwe lisy, niestrudzone sokoły. Biegł przed siebie i wyprzedzał je wszystkie. A gdy dotarł na sam szczyt, rozbłysnął miriadami światełek i znikł. Pozostał tylko oddech wiatru i zapach ciepłego futra w powietrzu. Był górą…

Oto fragment baśni o Wedlu – psu z gór 🙂 Albo o jego pańci… Albo jedno i drugie. W każdym razie dziś wezmę Cię za dłoń i poprowadzę do pewnego magicznego miejsca – w Karkonosze, w których prawdopodobnie już byłeś, ale na pewno widziałeś co innego niż ja, co innego niż Wedel. Czy bowiem przed Twoimi oczami umykały rusałki wodne i kryły się wśród radosnych strumieni i mistycznych wodospadów? Czy spod nóg umykały Ci kamienne trolle porośnięte seledynowym porostem? Czy spomiędzy omszonych drzew wychylały swe smukłe główki leśne ogniki? Czy w końcu poczułeś na swym karku oddech Ducha Gór? Jeśli nie to koniecznie zostań ze mną do końca!

Woda

Obóz rozbiliśmy wśród kaskad rzeki Podgórnej, w dolinie Starego Młyna o bielonych ścianach i potężnych drewnianych belach. Nocami towarzyszył nam senny szmer strumienia, żwawo przemykającego wśród śliskich kamieni. Gdy obudzisz się tu wraz ze świtem, dojrzeć czasem możesz rusałki wodne wyczekujące pod balustradą tarasu na miseczkę nocnej rosy, którą co rano ofiarowują im gospodarze Młyna. Może to taka cicha zapłata za możliwość obcowania w tak magicznym miejscu?

Sam Stary Młyn wydaje się ożywać czasem dzięki przepływającej u jego stóp Podgórnej. Jego fundamenty kołyszą się wraz z nurtem rzeki, a ściany rozbrzmiewają chichotem psotnych ogników, które przybywają tu z okolicznych lasów i wyprawiają radosne tańce.

Przesieka, w której nocowaliśmy i która jest domem dla Starego Młyna, to niewielka wieś, niezwykle jednak malownicza, przecięta serpentyną drogi i wody. Wzdłuż tej własnie wody ruszyliśmy ostatniego dnia naszego pobytu (odwrotna kolejność opisu wydarzeń jest zabiegiem zamierzonym). Dzień ostatni zarezerwowany był na nieco bardziej wymagającą wyprawę, ale ze względu na okoliczności (o których niżej) zdecydowaliśmy się na lekki spacer bez planów, oczekiwań i wyobrażeń.

Wody Podgórnej doprowadziły nas do Kaskady Myi, skrytej wśród leśnego listowia i korzeni wiekowych drzew. Miejsce to niezwykle urodziwe, pachnące wodą, kamieniem i igliwiem. To tu pierwszy raz ujrzałam wodnika, którego zielone włosy przemknęły gdzieś między spływającą, iskrzącą się w promieniach słońca wodą – a przynajmniej tak mi się zdawało…

Do Kaskady Myi dotarliśmy cichą, urodziwą i nietkniętą zębem czasu ścieżką pośród kamieni, skał i drzew. Nieco szerszą i bardziej uczęszczaną doszliśmy z kolei do Wodospadu Podgórnej, u którego stóp rozlewisko mroźnej wody zerkało na nas groźnym, smoliście czarnym okiem. Gdy pochylisz się nad tym wodnym przestworzem, czujesz jak wgłąb wciąga Cię siła sięgająca samego wnętrza Ziemi. Nie odważyłam się ja, jak i Wedel dotknąć tej tafli, która, mimo spływającej z wodospadu wody zdawała się tu nieruchoma. A sam wodospad? Cichy i milczący, skryty w cieniu wyżłobionych skał i zimny, a mimo to wyjątkowy w swej surowości.

 

Skała i wiatr

Góry mają to do siebie, że będąc wśród nich, czujesz się, jakbyś stąpał po nagiej Ziemi. Między Tobą a nią nie ma piasku, traw – jesteś tylko Ty i naga skała.

Pod znakiem skały spędziliśmy drugi dzień. Naszym celem były szczyty: Szrenica, Łabski i Szyszak. Ostateczną trasę musieliśmy zmodyfikować ze względu na Wedla, dla którego mozolna wspinaczka po twardym podłożu okazała się nieco zbyt trudna. I tutaj, nie powiem, biczowałam się w myślach po plecach za nieodpowiednie dopasowanie trudności tras do jego zwyrodniałego kręgosłupa. Zrezygnowaliśmy więc ze Śnieżnych Kotłów i Szyszaka na rzecz krótszej i bardzo malowniczej trasy, która niestety (dla Wedla) okazała się usiana kamieniami. Dostosowując tempo do niego i robiąc częste przerwy, udało nam się w dobrych humorach dotrzeć do końca, a następny dzień, który rozpoczął się dla mnie roześmianych ryjem Czokodoga, zdjął mi z ramion ciężar zmartwień. Niezwykle szybko regenerują się te nasze czworonogi. I gdyby nie moja żelazna decyzja o zmianie trasy ostatniego dnia, Wedel pewnie hasałby wtedy po skałach wśród wzniesień kolejnej części Karkonoszy…

Tymczasem, wracając do skał… Droga na Szrenicę jawiła nam się jako nieco monotonna (jak podawał przewodnik). Ostatecznie jednak na tę monotonność czekaliśmy do końca dnia (i ostatecznie się nie doczekaliśmy). Mimo dość powtarzalnego krajobrazu regla dolnego i górnego i szerokiej wybrukowanej drogi, która prowadziła na szczyt Szrenicy, okolica była na tyle malownicza, że ani przez chwilę nie przeszło mi przez głowę skojarzenie z monotonnością.

Początkowy etap podejścia to Wodospad Kamieńczyka, który tworzą spływające ze skał łzy siedmiu rusałek, opłakujących swoją tragicznie zmarłą tu siostrę Łabudkę. Ich rozpacz za nią trwa przez wieki i stała się przyczyną, dla której ten właśnie wodospad jest największym w polskich Sudetach. Smutne jego wody, smutna ich melodia, smutny nawet szelest pochylonego nad rozpaczą sióstr lasu…

 

Płacz rusałek niósł się za nami jeszcze przez jakiś czas po tym, jak zostawiałyśmy jedną z Legend Karkonoskich za sobą, by ruszyć na spotkanie skalnym żywiołom. Nie dały one na siebie długo czekać, bowiem już niecałą godzinę później nasze twarze (i pysk) owiał chłodny, wręcz mroźny wiatr, niosący w sobie wołanie Ducha Gór. W tak wysokich partiach Karkonoszy trzeba być niezwykle czujnym i ostrożnym, bowiem jeden nieodpowiedni ruch wystarczy, by obudzić gniew porywczego władcy tej Krainy. Przycupnęliśmy więc cichcem u szczytu Szrenicy, najpierw w cieniu Schroniska, później na samym szczycie, i tam, spożywając strawę i posilając się niezastąpioną w takich warunkach herbatą z miodem, daliśmy się porwać pieśni sił natury.

 

Gdy zaś rozbrzmiały jej ostatnie tony, ruszyliśmy w kierunku Łabskiego Szczytu, do którego doprowadziła nas urokliwa dróżka wśród skał, kosodrzewiny i jarzębin. Spokój krajobrazu i tylko z rzadka targające nami krzyki Ducha Gór uśpiły naszą czujność, dlatego gdy między roślinnością przemknęło nagle coś zielonkawego, zerwaliśmy się w popłochu. Uniósłszy zamyślone głowy, dojrzeliśmy po lewej stronie Łabski Szczyt! Jego wnętrze dudniło, niczym bębny w Morii. Odpowiedź na to, skąd pochodziły te niepokojące dźwięki przyszła dość szybko, żwawo wręcz. Wtem bowiem zza naszych pleców wyturlał się zielonkawy stwór, którego wcześniej dojrzeliśmy. Wydawał się nas nie zauważać. Przetoczył się przez ścieżkę i zniknął wśród swych braci – troll. Staliśmy tu jeszcze chwilę (Wedel zaintrygowany co najmniej tak bardzo, jak my), nic jednak zaskakującego nie ukazało się naszym zmysłom.

Przesympatyczne wydarzenie spod Łabskiego Szczytu zamarzło wspomnieniem w naszych głowach, gdy stanęliśmy u krawędzi Śnieżnych Kotłów. Ziąb bijący z ich szczelin zmroził nas od stóp do głów, a Wedla pozbawił sił. Tu właśnie zmieniliśmy plan trasy.

Wróciwszy w kierunku Łabskiego, osunęliśmy się między trollowe jamy, i wąską, ledwo dostrzegalną wśród skał drożynką dotarliśmy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. W jego cieniu i aromatach ciepłych naleśników, odpoczęliśmy kilka chwil, po czym skierowaliśmy się już w dół, w kierunku Szklarskiej Poręby (z której też wyruszyliśmy) mniej stromym i skalistym zejściem, którego koniec niknął nam na tej wysokości gdzieś wśród cieni pojedynczych skał i gęstych, omszonych lasów.

Las

W Krainę Ducha Gór wkroczyliśmy leśną bramą, znajdującą się u stóp Zamku Chojnik. W zasadzie jest to brama do podnóży jego włości, za którą jednak tu i ówdzie natknąć się już można na znaki pozostawione dla nieostrożnych wędrowców. A to Dziurawy Kamień, a to inne, równie niecodzienne skalne formacje, które ostatecznie doprowadzają nas do ruin XIV-wiecznego zamku. Pośród skał nieprzerwanie towarzyszą nam liczne gatunki porośniętych mchem drzew oraz świeżo opadłe na ziemię listowie i igliwie – nadchodzi jesień.

Zamek Chojnik powitał nas zamkniętą bramą – przybyłyśmy o minutę za późno. Nie jest to jednak dla nas dostateczny powód do tego, aby wrócić swoimi śladami. Decydujemy się „na dziko” obejść ruiny. To była jedna z naszych najlepszych decyzji. Troszkę adrenaliny we krwi, rozczulający moment, w którym Wedel prosi mnie o zniesienie ze skały i już! Pozostawiając za sobą mury skrzętnie skrywające przed nami swoje wiekowe tajemnice, ruszamy nieco w dół, ścieżką wijącą się w cieniu drzew. I tu, gdybym zdawała sobie z tego sprawę wcześniej, myślę, że zobaczyłabym więcej. Tymczasem ogniki leśne weszły w nasze pole widzenia dopiero kilka godzin później, gdy cienie zaczęły się wydłużać, a my nieugięcie zmierzałyśmy ku końcowi naszej wyprawy. Nie powiem, troszkę zwodziły, choć z drugiej strony to dzięki nim znaleźliśmy zejście na czarny szlak, które było tyleż niepozorne, co urokliwe.

Minąwszy Zachełmie – rozległą wieś o drewnianych domkach na skalnych zboczach, weszliśmy na polanę, która przypomniała Wedlowi o domu: zaczął to tu, to tam, węszyć za zwierzyną, co jednak zmuszony był robić na ograniczonej linką przestrzeni. Jasne łąki tym bardziej spotęgowały wrażenie mroku, który zagościł już na dobre pod koronami drzew. Ostatni etap leśnej wędrówki pokonaliśmy więc dość żwawo i wraz z zapadnięciem całkowitego mroku ruszyliśmy naszym czterokołym pojazdem ku sercu Karkonoszy.

I teraz zostawiam Cię na początku naszej podróży, na przekór temu, że jesteś na końcu wpisu. Może przeczytaj jeszcze raz? Tym razem od tyłu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *