Z łona Matki Natury – BARFowy rok z hakiem

Z łona Matki Natury – BARFowy rok z hakiem

Uwaga, zdjęcia drastyczne!

Karma „Pyszne jagniątko”, karma „Nie tylko kurze łapki”, karma „Chlupoczące łososie”, karma X, karma Z i jeszcze kilka innych – Wedlowy żołądek nigdy nie zaznał nudy. Szukaliśmy, buszowaliśmy, dobieraliśmy… I nie zrozumcie mnie źle, każda z tych karm była OK, to znaczy nie powodowała niepokojących objawów. Pachniała ładnie, wyglądała bezpiecznie, Wedel po niej ładnie pachniał i wyglądał. Jedno tylko spędzało mi sen z powiek: że to trochę takie królicze bobki są, jak mawiał mój dziadek.

Sucha praktyczność i nuda, nuda

Królicze, nie królicze, fakt faktem, że ich forma nie należy do specjalnie efektownej, nie powalają różnorodnością kształtów i kolorów, ani nawet zapachów (co do smaków trudno mi stwierdzić…). Każdy z nas ma inne priorytety, inne warunki życia, inne możliwości finansowe (tu patrz niżej). Dla niektórych karma sucha (bądź mokra) są zwyczajnie wygodne, łatwe w pozyskaniu, przechowywaniu i podaniu. Sprawdza się zarówno do miski, jak i na treningi. W zasadzie takie suche bobki mają wiele plusów. Dla mnie jednak ich podstawowym minusem było to, że nie wyglądały jak mięsko i tak też nie pachniały, co może świadczyć o wysokim przetworzeniu (bądź, co gorsza, wątpliwym pokrewieństwie z krówką, indykiem, czy rybką).

Niezaspokojony umysł dociekliwca

Lubię wiedzieć, co jem (o tak, zwłaszcza, gdy sięgam po n-tą tabliczkę czekolady…), dlatego też odczuwałam potrzebę stuprocentowej kontroli nad tym, co je Wedel – kontroli w sensie wiedzy o produktach i ich źródłach. Stąd zdecydowałam się na BARF, na którym jesteśmy od roku z kilkoma miesiącami. W zasadzie Wedel jest – ja po niedługim czasie od pojawienia się sporych ilości mięsa w kuchni przerzuciłam się na wegetarianizm i tym samym odzyskałam równowagę życiową 😛

Ale czym jest BARF? Coraz powszechniejsza metoda żywienia naszych czworonożnych pupili budzi wciąż liczne kontrowersje. Skrót ten oznacza biologicznie odpowiednią surową dietę (Biologically Appropriate Raw Food), czyli taką, która odpowiada biologii, ewolucji i fizjologii naszego domowego drapieżcy, w tym przypadku psa. Tak więc taki nasz mały pimpek, leżakujący całymi dniami na mięciutkiej pufie to prawdziwie dziki mięsożerca, który najbardziej spełnia się podczas krwawego posiłku podanego do porcelanowej, wysadzanej rubinami miseczki. Potem wystarczy tylko wytrzeć obryzganą krwią podłogę oraz psie fafle i można z powrotem leżakować na pufie z naszym niepozornym psiuniem.

Moja wiedza na temat BARFu jest dość skąpa, w zasadzie ogranicza się do minimum niezbędnego mi, aby zapewnić Wedlowi zdrowy, zbilansowany posiłek. Mimo wszystko odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami tą wiedzą oraz moimi dotychczasowymi doświadczeniami, obserwacjami i wnioskami.

Ile z wilka w psie

Zacznijmy od kwestii czysto teoretycznej, która wciąż powoduje u mnie sprzeczne odczucia. Dieta odpowiednia biologicznie oparta jest na surowych produktach: mięsie, kościach oraz niewielkich ilościach warzyw i owoców – to tak w skrócie. Czy jednak z biologicznego punktu widzenia dla psa domowego (Canis lupus familiaris) dietą odpowiednią biologicznie jest rzeczywiście ta oparta na surowych produktach? Obecna wiedza wskazuje na to, że pies nie pochodzi od wilka, lecz ma z nim wspólnego przodka. Proces udomowienia psa sięga prawdopodobnie około 15 tys. lat wstecz (choć hipotez jest kilka i różnią się one znacznie między sobą oszacowanym czasem). W trakcie udomowienia pies zaczął żywić się resztkami ludzkimi (zarówno pokarmowymi, jak i odchodami), z czasem siłą rzeczy również przetworzonymi. Możliwe, że to dzięki korzyściom związanym z łatwiejszym zdobywaniem pokarmu pochodzącego od ludzi mamy dzisiejszego psa domowego. W świetle tych kwestii, czy można uznać, że surowy pokarm jest naturalny dla psa? A może jest taki raczej dla jego przodka? Pozostaję otwarta na komentarze i sugestie bardziej doświadczonych i obeznanych w temacie 🙂 Czy by ta odpowiedniość biologiczna była rzeczywiście odpowiednia, czy nie, nie wpłynęłoby to raczej istotnie na dietę Wedla. BARF ma bowiem podstawową przewagę nad karmami komercyjnymi: dokładnie wiemy, co dajemy naszemu psu.

Dzikość w sercu… I w wątrobie, i w płucach…

Nie umywam rąk

Skład karm komercyjnych różni się między produktami w większym lub mniejszym stopniu. Jakikolwiek by on jednak nie był, raczej trudno nam jest stwierdzić, czy w danym worku mamy mięso z uda indyka, z piersi, czy też może szyjki, jak to udo, pierś czy szyjka wyglądały i jak traktowane były za życia swojego właściciela. Kiedy szykuję dla mojego psa posiłek, widzę każdy jego element. Mogę zdecydować czy dziś na kolację będzie głowa dorsza, czy miks warzywno-owocowy, czy szyjka indyka, czy może sarnie żeberka. Moje umiejętności liczenia zawartości tłuszczu w każdej porcji mięsnej pozostawiają jeszcze wiele do życzenia, ale wyniki badań krwi Wedla jasno mówią, że nie jest źle.

Dzięki pełnemu wglądowi w to, co je mój pies, biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność, która jest jednocześnie podszyta wiedzą na temat tego, co do bezdennego żołądka Wedla trafia. Mogę więc spać spokojnie. Ale! Spokój ten wynika z wiedzy na temat tego, co mogę dawać psu, a czego nie.

Podstawowe zasady

  • Jednymi z największych zagrożeń są w diecie BARF kości. Ale bez obawy, chodzi o kości gotowane, nie surowe. W formie przetworzonej łatwo bowiem rozpadają się na ostre drzazgi i mogą uszkodzić przewód pokarmowy psa. Dlatego kości tak, ale tylko surowe! Ważne jest też to, by nie przedobrzyć z ilością. Kości w diecie BARF tak, ale jako jej składowa, a nie podstawa żywieniowa. Dopasujmy rozmiar kości do rozmiaru psa i pamiętajmy, by zawsze podawać ją w towarzystwie mięsa, nie zaś z niego obraną. Naga kość może rzeczywiście uszkodzić przewód pokarmowy, a ponadto być powodem jego zaczopowania. Warto też unikać kości długich, które są raczej twarde i w związku z tym ciężkostrawne.
A zamrażarka pęka w szwach…
  • Jak pisałam wyżej, kości to tylko składowa diety BARF. Produkty zwierzęce to 80%, natomiast resztę (20%) stanowić powinny warzywa (80% z tychże) i owoce (20%). Spośród produktów zwierzęcych 50% to mięso, 30% kości, a 20% podroby. Wartości te można uznać za średnie, jako że ostateczne dopasowanie powinniśmy uzależnić od potrzeb i zdrowia naszego psa.
  • Każde mięso, każdy rodzaj podrobów i każde warzywo oraz owoc to inne wartości odżywcze. Dlatego wykorzystujmy ich jak najwięcej, by dostarczyć psu całą gamę nie tylko wartości pokarmowych, ale i doznań smakowych.
  • W diecie BARF niezwykle istotnym elementem są też suplementy, które pozwalają na dostarczenie psu pełnowartościowego pożywienia. Do powszechnie wykorzystywanych należą suszona krew, algi morskie, drożdże browarnicze, owoc dzikiej róży czy skorupki jaj.

Bilansowy zawrót głowy

Jednym z zarzutów stawianych diecie BARF jest brak jej zbilansowania. No bo jak można o nim mówić, gdy jednego dnia pies dostaje kacze skrzydełko i warzywa, drugiego jagnięce żeberka, a trzeciego szyjkę z indyka z podrobami? Ano właśnie, można. Czy w każdym naszym posiłku znajdują się (bądź powinny) wszystkie niezbędne nam składniki odżywcze? Oczywiście, że nie. Zbilansowanie nie polega bowiem na tym, by w każdym posiłku były wszystkie niezbędne dla naszego zdrowia produkty, ale by zawarte były one w posiłkach w jakimś przedziale czasowym. Dlatego bez obaw. Ułożenie zbilansowanego jadłospisu na 10 czy 15 dni jak najbardziej zapewni zbilansowanie psiej diety.

Kasa, kasa…

BARF to też niekoniecznie większe wydatki. Przy rozpoznaniu rynku, niekiedy kontaktach i po prostu żyłce do interesów można nawet na nim zaoszczędzić. Istnieją grupy na Facebooku, na których członkowie zamawiają większe ilości, co wychodzi czasem naprawdę tanio. A tak poza tym, wiedza o źródle takiego barfowego jedzonka jest warta każdej złotówki 😉

Z BARFem za pan brat

Czy nam się BARF sprawdził? Jak na razie zdecydowanie tak. Futerko lśniące, mniej liniejące, ząbki śnieżnobiałe, samopoczucie tryskające pozytywną energią, mniejsze i mniej qup, aromaty też całkiem niezgorsze, zarówno te z przodu (z paszczy Zgreda), jak i z tyłu.

Czyż nie pięknie błyszczę?

A do tego, co dla mnie najważniejsze, bo pozwala mi spokojnie spać, Wedel w końcu nie chodzi wiecznie głodny. Karmiąc suchym serwowałam mu dawki znacznie większe, niż sugerowane na opakowaniach, a mimo to pimpek chodził wiecznie wygłodniały, śliniący się na każdy kawałek czegokolwiek. Na BARFie wciąż oczywiście jest łasy, ale wyraźnie dostrzegam ten moment zastanowienia, gdy sięga po podłogowe okruszki. Wcześniej było: „Żarcie! Żarcie! Żarcie!”, teraz zaś jest: „O, cóż to za żarcie? Hm, żarcie… Żarcie.” Także Wedel chodzi dziś po świecie najedzony. No i te oczy, gdy z lodówki wyciągam soczystą porcyjkę… Aż mnie samej ślinka potrafi wtedy kapnąć.

Barf barfem, ale nereczkę po smaczkach wylizać zawsze warto.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *